Gra cieni
Prolog
"Wszyscy ludzie, którzy myślą, że jestem dobrą osobą nie wiedzą, że nie jestem, kim myślą, że jestem. Gdyby tylko mogli usłyszeć wszystkie głosy rozbrzmiewające w mej głowie, wiedzieliby, że nie jestem nikim więcej, niż tylko socjopatą."
"Wszyscy ludzie, którzy myślą, że mnie znają, mylą się. Nie znają mnie, nigdy nie poznają. I gdyby tylko mogli usłyszeć moje myśli, w jednej chwili, w zaledwie ułamku sekundy ujrzeliby we mnie istotę pozbawioną człowieczeństwa."
"Czasem zastanawiam się, czy tak naprawdę wiem, kim jestem. Czy znam się na tyle dobrze, aby potrafić realnie ocenić czy jestem łowcą, czy może jednak zwierzyną? I wtedy przychodzi mi do głowy jedno słowo. Ofiara. Ale... kto tak naprawdę nią będzie?"
Proces był farsą. Teatrem, w którym grający swe role aktorzy, dostali gotowy scenariusz, według którego wyrecytowali wyuczone kwestie. Reżyserem, scenarzystą, producentem oraz autorem tego spektaklu stał się gubernator Thomas Stanford, który zasiadł w pierwszym rzędzie, aby mieć doskonały widok na ostatni akt swej sztuki. Siedział dokładnie na wprost szubienicy, na której zawisnąć miał mężczyzna, którego postanowił zniszczyć. Brawura, zuchwałość, ryzyko. Czy to miało zakończyć życie młodego człowieka, którego dwóch strażników wprowadzało właśnie po schodkach na podwyższenie, na którym, niczym krzyż na ambonie, stała szubienica? Zamroczone bólem, intensywnie błękitne spojrzenie skazańca, przemieszczało się mętnym wzrokiem po zgromadzonych widzach, łaknących krwi i sensacji, poszukując kogoś, kogo uważał za przyjaciela. Kogoś, kto siedział teraz tuż przy boku Stanforda i próbował za wszelką cenę skryć swe emocje. Emocje, z którymi nie mógł się absolutnie przed nikim zdradzić. W iście cyrkowej atmosferze brakowało jeszcze tylko werbli. Triumfujący gubernator, który uwielbiał tego typu przedstawienia, nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że tym razem nie wszystko pójdzie po jego myśli i już za moment ktoś
zabierze mu jego ulubioną zabawkę, w najbardziej kluczowym momencie.
Cichych kroków nikt nie usłyszał. Drobnej sylwetki nikt nie zobaczył. Aż do chwili, gdy stanęła tuż pod szubienicą. W tamtym momencie wzrok wszystkich padł na niską, niepozorną postać jakiegoś zmizerniałego nastolatka. Trudno było powiedzieć ile ma lat, ani jak wygląda, gdyż ubrany był w obszerną bluzę z kapturem i umazany na twarzy smarem. Stał w milczeniu, spoglądając niepewnie na zebranych, jakby nie wiedział, od czego ma zacząć. Zapadła cisza. Głucha, dojmująca cisza. Słychać było jedynie wiatr, który raz po raz swymi nieskoordynowanymi ruchami poruszał jakimś przedmiotem. Ubrana na ciemno postać stała nieporuszona, nawet w chwili, gdy podmuch wiatru umieścił pod jej stopami stary egzemplarz gazety, której nagłówek krzyczał: „Wybuch nuklearny zniszczył jedną trzecią USA. W całym kraju zapanował chaos". W tym momencie nic nie było w stanie przykuć uwagi nieznajomego bardziej, niż siedzący w pierwszym rzędzie gubernator.
W chwili, gdy pierwszy szok minął, rozgniewany Stanford podniósł się ze swego miejsca, jednak zanim otworzył usta, aby cokolwiek powiedzieć, nastolatek rozchylił bluzę, sprawiając, że mężczyzna z powrotem opadł na krzesło, wpatrując się z przerażeniem w ładunek wybuchowy, który miała na sobie tajemnicza postać.
‒ On idzie ze mną ‒ usłyszeli cichy głos. Na poczerwieniałej twarzy gubernatora pojawił się grymas złości. Próbę kolejnego protestu uciszyła ręka tajemniczego przybysza, która uniosła się pokazując trzymany w dłoni detonator. ‒ Teraz! ‒ W głosie nieznajomego pojawiła się stanowcza, nad wyraz ostra nuta.
"Wszyscy ludzie, którzy myślą, że mnie znają, mylą się. Nie znają mnie, nigdy nie poznają. I gdyby tylko mogli usłyszeć moje myśli, w jednej chwili, w zaledwie ułamku sekundy ujrzeliby we mnie istotę pozbawioną człowieczeństwa."
Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Pragnienie krwi zagłuszył strach o życie. Spoglądające bezwzględnie oczy nieznajomego i jego przeraźliwie beznamiętny głos, sprawiały, że gubernator nie podjął ryzyka. Intuicja podpowiedziała mu, że ktoś, kto właśnie pozbawiał go uciechy, jest zdolny do wszystkiego i niebezpieczny w równym stopniu, co mężczyzna, któremu życie właśnie uratowano. Intuicja nie myliła się. W tym momencie miał do czynienia z kimś, kto nie zawahałby się przed niczym, chcąc osiągnąć zamierzony cel.
Dotarcie tych dwóch osób do auta, nieoczekiwanie ułatwił, ktoś, po kim najmniej się tego spodziewano. Przyjaciel, czy zdrajca? W tamtym momencie nikt nie zadał pytania, nikt też nie oczekiwał odpowiedzi. Dla każdego istotne było coś innego. Tajemniczy nieznajomy chciał jak najszybciej oddalić się wraz ze skazańcem. Gubernator chciał pozbyć się niebezpieczeństwa. Czego chciał mężczyzna, który zawiódł swego najlepszego przyjaciela? Pozbyć się go jak najszybciej? A może zagłuszyć wyrzuty sumienia? To było mało istotne. Liczył się czas. Gdy ta trójka dotarła do auta, mężczyzna pomógł wsiąść do auta temu drugiemu i zamarł, spoglądając w świdrujące go oczy nastolatka. Na jedną chwilę po prostu przestał oddychać. Gdyby wzrok mógł zabijać, nienawistne spojrzenie błyszczących zielenią oczu młodziutkiej dziewczyny, sprawiłoby, że byłby już teraz martwy. Co uderzyło w niego najbardziej? Fakt, że dopiero z bliska zorientował się, iż nie ma do czynienia z młodym chłopakiem, lecz piękną dziewczyną? Czy może jej wrogi i wręcz zwierzęcy wzrok? Wzrok, który w jakiś sposób go zniewalał.
Ta trójka, po raz pierwszy, w jednym miejscu. Niczym pojedynczy flesz, który staje się częścią większej całości.
Piękna, socjopata i ofiara, ale kto tak naprawdę jest kim, bo przecież często rzeczy oczywiste bywają aż do bólu złudne. A w tym wypadku... tak, w tym wypadku to, co oczywiste, jest jedynie piękną iluzją. Jedno kluczowe słowo. Bestia. To ona przyniesie z sobą wszystkie odpowiedzi. Ale... kim tak naprawdę jest bestia?
"Czasem zastanawiam się, czy tak naprawdę wiem, kim jestem. Czy znam się na tyle dobrze, aby potrafić realnie ocenić czy jestem łowcą, czy może jednak zwierzyną? I wtedy przychodzi mi do głowy jedno słowo. Ofiara. Ale... kto tak naprawdę nią będzie?"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz